Translate

niedziela, 8 czerwca 2014

Rozdział 11.

    W ciągu kilku miesięcy nie działo się absolutnie nic godnego uwagi w Londynie. Jedynie kilka wypadków, morderstw, kradzieży... Można powiedzieć, że życie toczyło się tu spokojnie i nikt nie narzekał. Lecz w pewnej kamienicy na pewnej londyńskiej ulicy mieszkała dość nietypowa parka, która przeżywała właśnie swą pierwszą młodzieńczą miłość. Ona, mugolka, lecz zdolniejsza, niż ktokolwiek mi znany... On, ważny młody czarodziej, zimny, nieczuły, pusty... Przedtem nienawidzący się, teraz zakochani... Ech, życie. 
   
   - Miona, wstawaj! - krzyknął pewnego ranka przystojny młodzieniec stojący przy kuchence odgrzewając wczorajsze omlety. 
   Wstała, bez żadnych problemów. Po wizycie w tajemniczym więzieniu Czarnego Pana przestała się obawiać kota, który jeszcze co jakiś czas stukał im w drzwi. Nie rozumiała do końca, jak znalazła się w towarzystwie Brendona i dlaczego, ale nie obawiała się już tego. Była tu, w Londynie, z chłopakiem, którego wbrew pozorom kochała. 
   Umyła się, ubrała i weszła do kuchni z rozpromienioną twarzą. Musnęła usta blondyna, którego to nie zadowoliło. Objął ją i wytulał za wszystkie czasy... Było tak każdego ranka, mieli wrażenie, że nigdy im się to nie znudzi. 
   - Smacznego, księżniczko. - uśmiechnął się uwodzicielsko Draco. 
   - Dziękuję, mój książę. - westchnęła. - Okay, to wypadło trochę sztucznie...
   - Bardziej ci się podobało, gdy nazywałem cię kotlecikiem? Czy może dziubaskiem...?
   - Nie nabijaj się... Wszystkie pary tak robią - szturchnęła go.
   - Dla ciebie wszystko. - pocałował ją w czoło i udał się do salonu, by poczytać książkę. Nauczył się tego od niej. Po pamiętnej wizycie w więzieniu Voldemorta, Miona dużo czasu spędzała nad księgami szukając odpowiedzi... Znudzony Draco sięgnął raz po jej ulubioną "Więzień nieba" to wciągnął się nie na żarty.
   Po zjedzonym śniadaniu nic-nie-robili jak codziennie, lecz nagle coś się zmieniło.
   Do ich drzwi zastukał ktoś. Miona przeciągnęła się, podeszła do nich i otworzyła.
   - HERMIII! - rozległ się głośny, piskliwy krzyk.
   - Gin! Co ty tu robisz? - wydusiła zaskoczona Granger wręcz duszona przez przyjaciółkę.
   - Jak ja cię dawno nie widziałam! - zignorowała pytanie ruda. - Wydoroślałaś, schudłaś i wypiękniałaś. Pewnie masz masę adoratorów tutaj. A jakie masz ładne mieszkanie, mało miejsca, ale chyba się pomieścimy. O matko boska! Jaka wspaniała kuchnia! I...
   Stanęła jak wryta na widok przystojnego blondyna, który był prawdopodobnie tak samo zaskoczony jak ona.
   - Draco Malfoy. - powitała go oschle.
   - Ginny Weasley. - uśmiechnął się ironicznie. - Witaj w NASZYCH skromnych progach.
   - WASZYCH? - wydusiła.
   - Taa, mieszkamy razem... - westchnęła Granger, którą nagle zaczęła tulić ruda.
   - Matko, jak  dobrze że już jestem. Spokojnie, wykurzymy go stąd. Matko, co ty musiałaś tu przeżyć z tym zimnym cholernym draniem... - głaskała ją i morderczo patrzyła na przystojnego Ślizgona.
   - Ej, ej! - zaniepokoił się chłopak. - Co ma znaczyć "wykurzymy go stąd" ? Po pierwsze nigdzie się nie wybieram, po drugie... zostajesz z nami? Co ty tu właściwie robisz?
   Zrobiła zawiedzioną minę i puściła Mionę. Przeszła się po saloniku i rozejrzała na każdą stronę.
   - Zostałam tu przydzielona w planie ewakuacji... - zaczęła łamiącym się głosem. - Niewiele pozostało z Hogwartu po ataku śmierciożerców. Nikt się tego nie spodziewał, ale cóż... Wszystkich ocalałych poprzydzielano do różnych miejsc, jak to określili "z zaprzyjaźnionymi czarodziejami", a ja trafiłam o tutaj. Nie spodziewałam się zastać tutaj... takich lokatorów. Ale chyba się pomieścimy, co nie?
   - Ginny! - ocknęła się Hermiona. - Mów co u pozostałych!
   - O kogo konkretnie pytasz?
   - Harry, Ron, Fred, George, Luna, Neville... No wszyscy.
   - Uua. Więc tak. Harry został przydzielony do swojej mugolskiej rodzinki, nie ucierpiał mocno w ataku śmierciożerców. Ron pojechał do Muszelki opiekować się gospodarstwem Bill'ego i Fleur podczas gdy oni wspierają potrzebujących. To jest totalnie poruszające i cudowne z ich strony, nie sądzicie? Bliźniacy trochę się poturbowali... George stracił sporo krwi i jest strasznie osłabiony, ale będzie dobrze. Aktualnie trafili do jakiejś rodziny z Beauxbatons. Luna żyje, ale nie wiem co się z nią dzieje. Neville za to oferował się, że pomoże wraz z Bill'em i Fleur potrzebującym. Tak to wygląda.
  - Dlaczego nikt nas nie poinformował, że coś się dzieje? - zapytał rozdrażniony Draco.
  - Po co? Co byś stąd zrobił? Wysłał sowę i przekazał wyrazy współczucia? A może przelał trochę kasy ze swojego wielce bogatego skarbca w Gringotta? - naburmuszyła się Weasley.
  - Stop! Stop! Stoop! - krzyknęła Hermiona powstrzymując swego ukochanego przed wybuchnięciem. - Jeśli mamy razem mieszkać, to błagam, nauczmy się szacunku do siebie wzajemnie, dobrze?
  Przytaknęli niechętnie.
   - Teraz ja oprowadzę i pomogę się rozpakować Ginny, a ty Draco idź proszę i kup nam coś na obiado-kolację. - widząc jego zbuntowaną twarzyczkę dodała ciche "błagam" i uległ.
  - Jak ty z nim wytrzymywałaś? - jęknęła ruda przytulając Hermionę po raz kolejny, gdy młodzieniec wyszedł.
  - Sama nie wiem. - zaśmiała się w odpowiedzi brązowowłosa. Nie mogła na razie powiedzieć przyjaciółce o swoim związku z tym chłopakiem... Byłoby to co najmniej nie na miejscu. Czuła tą odrazę w sposobie bycia dziewczyny. - Chodź, pokażę ci gdzie będziesz spać.
***

   Gdy jedli obiado-kolację w zupełnej ciszy wręcz dało się czuć to napięcie. Każde z nich myślało o czymś innym. Panna Granger nie mogła już dłużej tego znieść.
   - Jeśli zamierzacie tak spędzić całą naszą przygodę ze wspólnym mieszkaniem, to może od razu dobudujmy sobie trzy osobne pokoje i zamknijmy się w nich na klucz? Ludzie, tak nie można... Nie wiem jak wy, ja nie zniosę tego dłużej. Od jutra ze sobą rozmawiacie jak równy z równym. Nie obchodzi mnie to, że się nie lubicie. Przykro mi. Dobranoc.
   Odłożyła swój talerz po schabowym do zlewu i odeszła do pokoju, który teraz miała dzielić z Ginny. Spojrzeli po sobie i wymienili zmartwione uśmieszki. Chyba nie było innego wyjścia, jak się pogodzić dla tej mądrali. Oboje kochali ją po równo, chociaż nie byli tego świadomi.
   Draco wstał od stołu, zebrał resztki jedzenia i naczynia. Ginny pomogła mu pozmywać i usiedli razem na kanapie wpatrując się w telewizor. Ruda wydawała się być trochę zaniepokojona "ruchomymi obrazkami" na ekranie. Jakiś czas temu Malfoy postąpiłby tak samo, lecz teraz wydawało mu się to trochę zabawne.
   - Nie szczerz się tak. - warknęła Ginny.
   - Wybacz. - zachichotał.
   Ruda przewróciła oczami i szturchnęła go łokciem w brzuch. Zwinął się z bólu, a ona nic nie mówiąc wstała i ruszyła w stronę pokoju Miony.
   Został sam rozważając w którą stronę powinien skierować głowę śpiąc na kanapie. W końcu ułożył się tak, że widział nocne niebo przed okno. Było pełno gwiazd. Zero chmur. Teraz towarzyszył mu tylko księżyc. "Siema stary - zdawał się mówić biały przyjaciel. - Nie martw się, jest nas dwóch". Uśmiechnął się do niego i odpłynął w krainę snu zmęczony całym dniem.

***
   - Nie jest taki zły. - upierała się Granger siedząc z Ginny na jednym łóżku późną porą. Po tak długiej rozłące postanowiły urządzić sobie wieczorek zwierzeń. - Po jakimś czasie stał się naprawdę znośny.
   - Tak, tak... - nie dowierzała Weasley. - A Czarny Pan byłby doskonałą niańką do dzieci.... Bajeczek mi tu nie wciśniesz. To drań.
   - Daj mu szansę.... Jest inny niż w Hogwarcie.
   - Nie sądzę by wykorzystał tą szansę. Jest zimny i zgorzkniały. Istny horror takie mieszkanie z nim.
   - Przesadzasz, przyzwyczaisz się...
   - Nie jestem pewna. Ale niech ci będzie. Jutro postaram się być milsza.
   - Naprawdę? - uśmiechnęła się szeroko Miona. - Cudnie! Pokochasz go!
   - Pokocham...? - zdziwiła się. - Nie sądzę. Kto byłby zdolny go pokochać? Idę spać Miona, słodkich snów!
   - Dobranoc. - mruknęła przewracając się na drugi bok.
   "Kto byłby zdolny go pokochać?"  
   ...
    "Ja." - pomyślała i zamknęła oczy czekające tylko na upragniony sen.


----------
I oto jest! Chciałabym baaardzo podziękować za komentarze na fanpejdżu 'I love Potter, biczys." gdzie jedna dziewczyna zachęciła mnie do pisania. Jeśli to czytasz: Dziękuję, naprawdę nie wiesz jak mi to pomogło i jak uszczęśliwiło <3 ! Rozdzialik jest dla wszystkich czytelników, którzy pomimo odstępu czasowego SĄ ♥

Przepraszam za dłuuuugą przerwę, nie miałam weny, ani czasu, ani [szczerze mówiąc] chęci do kontynuacji tego blogaska. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę jakim skarbem są fan-fiki, które mają po 40-ileś rozdziałów.... Tyle pracy, o rany! :3 Ale.... wróciłam. ^^

Cały czas obowiązuje zasada CZYTASZ = KOMENTUJESZ ♥ bardzo mi to pomaga!!

Dzięki, dzięki! :*
Lunatyczka

niedziela, 16 lutego 2014

Rozdział 10.

   Dumbledore wyszedł tak szybko jak się pojawił. Pozostał tylko niepokój przyniesiony przez niego w tych okropnych wieściach.
   - Granger... - zaczął Draco po dość długiej chwili milczenia. - Chciałem cię przeprosić...
   - To przeproś. - powiedziała sucho.
   - Przepraszam. - jęknął. Takie słowa nie były w jego typowym słowniku. Sprawiały mu trudność.
  Hermiona kiwnęła tylko głową. On wstał z blatu kuchennego na którym siedział, podszedł do niej siedzącej na kanapie i klęknął prze nią.
  - Co ty wyprawiasz? - zapytała zaskoczona jego obecnością, jakby wyrwana z głębokiego snu.
  - Przepraszam. - powtórzył uparcie.
  - Draco!
  - Przepraszam.
  - Przestań już!
  - To powiedz, że wybaczasz. Przepraszam! - wręcz krzyknął.
  - Ja...
  - Przepraszam... - szepnął opierając czoło na jej kolanie. Pogłaskała go niepewnie po jego blond włosach.
  - Pewnie, że ci wybaczam. - szepnęła również i posadziła go koło siebie.
  Uśmiechnął się niepewnie. Nawet sobie nie wyobrażała ile go to musiało kosztować, nie został tak wychowany. Przysunęła się bliżej niego. Zauważył to i postąpił instynktownie - otoczył ją swym ramieniem, a ona wtuliła się w niego. Poczuła bicie jego serca, które jednak wbrew pozorom je posiadał... A on? On nareszcie czuł się za nią bezwzględnie odpowiedzialny. Nie rozmawiali, słowa były zbędne. Liczyło się tylko "tu i teraz".
  Jednak nie trwało to długo. Po kilku minutach błogiego spokoju dosłyszeli cichutki dźwięk. Miona zadrżała i wtuliła się w niego jeszcze bardziej. Poznała ten odgłos. Było to drapanie... w drzwi... pazurami. Draco przytulił ją i szeptem zapewnił, że wszystko dobrze, że jest.
  - Chyba mam paranoję... - wydyszała przerażona. - Mam wrażenie, że ta złowieszcza kreatura mnie do siebie wzywa.
  - To kot, Miona.  Tylko kot. - pogłaskał ją po jej miękkich włosach i ucałował w czoło. Była cała rozgrzana.
  - Wiem, ale on chce, żebym do niego przyszła...
  - Chodź, położysz się, a ja go przegonię, co ty na to? - wyrwał się z jej mocnego uścisku.
  - Dobrze. - skinęła delikatnie głową.
  Wstała powoli. Przed oczami zrobiło jej się ciemno. W głowie słyszała jedynie echo słów Malfoy'a. W jednej chwili wszystko zniknęło i pozostała jedynie ona w nicości.

***
   Obudziło ją złowieszcze skrzypienie drzwi. Przetarła oczy lewą ręką i wstała obolała z ziemi, na której przyszło jej spędzić noc... lub noce. Była sama w pokoju bez okien i drzwi. Miał on białe ściany i drewnianą podłogę. Gdy spojrzała w górę ujrzała zamiast sufitu czarne kraty. Poczuła się jak w klatce. Nie było możliwości wspiąć się po równych, gładkich ścianach. Wyglądało na to, że utknęła. I to najwyraźniej bez różdżki.
   - Jest tu ktoś? - spytała w przestrzeń, nikt jednak jej nie odpowiedział.
   Przeszła od kąta do kąta szukając jakichkolwiek szans na wyjście. Nic. Zdążyła już przejechać dłonią każdy kawałek ściany szukając jakiś tajnych przycisków, gdy usłyszała nad sobą donośny krzyk. Zwróciła swe oczy ku sufitowi, lecz ujrzała znów jedynie ciemne kraty. Po chwili jednak doszedł do jej uszu kolejny dźwięk.
   - Zdradziłeś mnie. - szeptał zapewne mężczyzna głosem zimnym i bez uczuciowym jak lód. - A ja nie toleruję takiego zachowania.
   - Pozwól... - jęknął boleśnie inny mężczyzna. - Panie... Bła... Błagam... Cię....
   - Milcz. Zasłużyłeś. - rozległy się ciężkie kroki wyraźnie zmierzające ku kratom Hermiony. - Od dziś mieszkasz tu.
   - Panie...
   Kraty otworzyły się jakby uniosła je niewidzialna ręka. Ciało biedaka zostało wrzucone magiczną siłą i zaraz po tym zamknęły się na amen. Poszkodowany upadł z ogromną siłą. Miona wcisnęła się w najdalszy kąt od niego, jednak po chwili namysłu zdecydowała mu pomóc.
   - Halo? Słyszysz mnie?! - potrząsnęła nieprzytomnym. - Błagam, żyj!
   Nie odzywał się. Nie oddychał. Momentalnie przystąpiła do reanimacji znanej jej z mugolskich kursów pierwszej pomocy. Po kilku minutach bezustannego ratowania człowiek zakrztusił się swoją własną śliną. Otworzył szeroko oczy i jęknął z bólu.
   - Nie ruszaj się, spokojnie, nic ci nie będzie... - zaczęła mówić uspokajającym tonem.
   On tylko podniósł swoją rękę do jej twarzy. Pogłaskał ją po policzku i uśmiechnął się.
   - Jestem w niebie? - jęknął nadal się ciesząc.
   - Jeszcze nie kolego.. na razie się tam nie wybierasz. - szepnęła Miona.
   - Kim jesteś? - spytał powoli siadając i opierając się o ścianę.
   - Mam na imię Hermiona Granger i nawet mnie nie pytaj gdzie jesteśmy, bo nie będę umiała ci odpowiedzieć. - rzekła siadając obok niego.
   - Ja wiem gdzie jesteśmy... -westchnął.
   - Naprawdę?
   - Taaak... To całkiem znana kryjówka Sama-Wiesz-Kogo... Tylko nie mam bladego pojęcia jak się nazywa.
   - Hm, zawsze coś... - uśmiechnęła się z zakłopotaniem gryfonka.
   - Jestem Brendon. I chyba przyjdzie mi tu umrzeć wraz z tobą.
   - Nie mów tak... Za chwilkę się stąd wydostaniemy, tylko wymyślę jakiś sprytny sposób... Nie masz przy sobie różdżki, prawda? - spytała z nadzieją w głosie.
   - Tak właściwie to mam... - wyjął zza nogawki spodni prościutką różdżkę. - 9 cali, jabłoń, pióro feniksa, sztywna. Całkiem urocza bym powiedział.
   - Świetnie! Możesz nas stąd wypuścić! - ucieszyła się Miona wstając z miejsca.
   - Pewnie. - uśmiechnął się Brendon, po czym krzyknął na cały głos: - Hej Pettigreeew!!
   - Co ty wyrabiasz? - szturchnęła go.
   - Zaufaj. - mrugnął do  niej uwodzicielsko.
   Usłyszeli ociężałe kroki i ich oczom ukazał się obrzydliwy człowiek. Nim zdążył cokolwiek powiedzieć uderzyło go zaklęcie Imperio z różdżki Brendona.
   - Debilu! Co ty wyprawiasz?! - jęknęła brązowowłosa.
   - Ratuję nam skórę. - wyjaśnił ciszej, po czym dodał już głośniej. - Wiesz, fajnie by było gdybyś nas tak po prostu stąd wypuścił, prawda?
   Peter zareagował natychmiastowo - otworzył potężne kraty i spuścił na dół "klatki" linę. Wspięli się po niej. Hermiona miała mieszane uczucia.
   - Nie jestem pew...
   - Więcej zaufania kobieto. - wyszczerzył się do niej. - Okay Peter... Może pokazałbyś nam jak stąd bezpiecznie wyjść?
   - Oczywiście panie... - i ruszył w kierunku szarych schodów. Weszli po nich do góry i ujrzeli kominek. Peter ukłonił się im i zaprosił do wnętrza. Podał im miseczkę z proszkiem Fiuu i odszedł do kąta.
   - Dziękujemy bardzo panie Pettigrew. - uśmiechnął się szyderczo do sługi i zniknął. Hermiona weszła zaraz po nim i przetransportowała się do swojego mieszkania.


---------
Już jestem ^^ Trochę to trwało, brak weny i te sprawy.
CZYTASZ = KOMENTUJESZ żebym mogła się jarać ^^

Lunatyczka

sobota, 18 stycznia 2014

Rozdział 9.

   Było zimno. Potwornie zimno, jak na wrześniowy ranek. Deszcz cichutko bębnił w dach małej londyńskiej kawiarenki. Ulice były opustoszałe, lecz nie przeszkadzało jej to. Siedziała przy stoliku z kubkiem kawy i małym croissantem w dłoni. Czytała coś. Gdyby ktokolwiek przyjrzałby się jej gazecie z bliska zaniepokoiłoby go coś. Na szarym papierze widniały fotografie, które się ruszały. Jednak jej to nie dziwiło. Była bardzo pochłonięta lekturą artykułu. "Czarny Pan powrócił. " - głosił jego tytuł. W miarę doczytywania na jej twarzy rósł wielki uśmiech. "Hogwart zaatakowany"... "Ilość ofiar wciąż rośnie" ... "Szlamy padają jak muchy" ... Tak, takie wieści sprawiały jej ogromną radość. Dopiła ostatni  łyk kawy, zostawiła mały pieniążek pod filiżanką i machnąwszy swą magiczną różdżką zniknęła.

***

   - Draaaco! Pobudka! - krzyknęła Miona z kuchni kończąc przygotowywać śniadanie.
   - Jasne, mamo. - rzucił zrezygnowany spod kołdry.
   Wywróciła teatralnie oczami i skroiła do końca pomidorka. Chciała, by to śniadanie było perfekcyjne. Rozlała gorącą czekoladę do dwóch kubków i poustawiała wszystko na stole. Oczekując chłopaka włączyła telewizor i natknęła się na wiadomości.
   - Nastąpił brutalny atak na garstkę naszych rodaków w środku miasta - mówiła roztrzęsiona speakerka. - Świadkowie twierdzą, że napadła na nich trójka mężczyzn w czarnych pelerynach z zielono świecącymi patykami. Po szybkiej reanimacji nie udało się uratować żadnej osoby. Przypominamy, że to nie pierwszy taki atak w naszym kraju. Na północy, w mieście Eyemouth jeden uzbrojony tak samo mężczyzna zaatakował ciężarną kobietę. Prosimy bardzo o ostrożność i informacje na temat tego typu napastnikach. A teraz wiadomości sportowe...
   Telewizor zgasł. Odwróciła się gwałtownie i ujrzała Dracona z różdżką w ręce.
   - Widać Voldzio nie marnuje swoich przywilejów. - rzekł spoglądając na Mionę.
   - Już przesadza... Co mu zrobili ci mugole? - spojrzała gniewnie na swoją różdżkę.
   - Mnie nie pytaj... - westchnął siadając obok niej. - Ale mam do ciebie prośbę.
   - Jaką ? - zainteresowała się.
   - Nie daj się zabić. - powiedział śmiertelnie poważnie.
   - Sugerujesz coś? - uniosła brwi do góry w sposób, za którym szalał.
   - Niczego nie zauważyłaś? - zdziwił się. - Poluje na mugoli. Na szlamy. A kim ty jesteś? Szlamą. Jesteś na jego celowniku idiotko...
   Zirytował się i nawet nie słuchał co mówi. Czy on właśnie nazwał ją szlamą? Spojrzał w jej przerażone oczy. Zrobił to.
   - Granger... - zaczął, lecz wstała niewzruszona i powolnym krokiem udała się w kierunku drzwi. Nałożyła na siebie kurtkę i po prostu wyszła.

***

   Gdzie mogłaby się udać? Nie znała tu prawie nikogo. Oprócz... Od razu ruszyła w stronę domu na przeciwko. W drzwiach dosłownie na niego wpadła.
   - Przepraszam! - jęknęła nawet nie zauważając postaci, na którą wpadła.
   - Ależ nie ma za co Hermiona. - przemówił do niej znajomym delikatnym głosem. Podniosła lekko głowę i zarumieniła się.
   - Hej Tom... - przywitała się.
   - Co się stało Hermi? Czego tu szukasz? - uśmiechnął się promiennie. - I gdzie jest twój współlokator?
   - Ojej... - zarumieniła się jeszcze bardziej, jeśli to w ogóle możliwe. - Tak w sumie to szukałam ciebie... Stwierdziłam, że miło by było wyskoczyć gdzieś by się lepiej poznać...
   - To bardzo miłe. Chciałabyś może wyskoczyć ze mną do kawiarni? Znam taką jedną uroczą całkiem nie daleko.
   - Okay, prowadź. - uradowała się.
   Szli ruchliwymi uliczkami w stronę centrum miasta. Cały czas rozmawiali i śmiali się bez końca. Mieli tak wiele wspólnego. Hermiona czuła się, jakby znalazła swą bratnią duszę. Był taki uroczy, interesujący i przystojny... W pewnym momencie jednak cały czar prysł.
   - Przepraszam, muszę to odebrać... - powiedział wyjmując z kieszeni telefon wydający aktualnie dźwięk gdaczącego kurczaka.  - Halo...?
   Odszedł od stolika i wykrzykiwał do słuchawki uwagi. Mimo iż nie chciała usłyszała kilka z nich...
   "To nie miało tak być! " 
   "A wiesz co będzie jeśli ON się o tym dowie?"
   "Gratulacje..."
   "Sam nie wiem, muszę się z nią skontaktować najpierw." 
   Westchnął, rozłączył się i wrócił ze smutną miną do stolika.
   - Coś się stało? - zapytała popijając sok pomarańczowy.
   - Nic, tylko niestety nie mogę ci dalej dotrzymać towarzystwa... Muszę spadać tak w miarę szybko. - skrzywił się Tom.
   - Jasne, rozumiem... No trudno. To co, zbieramy się?
   - Nie wrócę z tobą, przepraszam, ale muszę błyskawicznie udać się do znajomej... Odezwę się. - powiedział, pocałował ją w policzek i już go nie było.
   - Okay... - mruknęła zaskoczona.

***

   Zaniepokojony chodził po mieszkaniu... Gdzie ona się podziewa? I jak bardzo jest na niego obrażona...? Wyczarował jej piękny bukiet kwiatów i naprawdę długo zastanawiał się co wpisać na liściku... Słowa "Przepraszam, że nazwałem cię szlamą" nie zbyt go przekonywały... Postanowił po prostu wręczyć go jej i powiedzieć wszystko co miał na myśli.
   Gdy w końcu po dość długim czasie jej nieobecności szczęknął zamek w drzwiach Draco poderwał się na nogi i stanął przed drzwiami w swej najbardziej uroczystej koszuli z bukietem w ręce. Jednak w drzwiach nie stanęła Hermiona...
   - Och, Draco, nie musiałeś... - zaśmiał się profesor Dumbledore patrząc na kolorowe kwiaty wyciągnięte w jego stronę.
   - Panie dyrektorze! - jęknął Malfoy. - Przykro mi, ale są one dla...
   - Panny Granger?
   - Dokładnie... - przytaknął nieśmiało ślizgon. - Trochę się rano pokłóciliśmy i chciałem choć trochę jej to wynagrodzić.
  - Na pewno będzie zachwycona. Lecz zanim to nastąpi muszę koniecznie z wami porozmawiać...
  - Zaczekajmy na Hermionę, dobrze? Powinna zaraz wrócić...

***
   Gdy zamek godzinkę później zaskrzeczał ponownie obaj panowie poderwali się na nogi. Do domu weszła rozkojarzona gryfonka.
   - Witam panią, panienko Granger. - przywitał się dyrektor i uchwycił zgrabnie dłoń dziewczyny.
   - Profesor Dumbledore! - zdziwiła się. - Co pan tutaj robi?
   - Przybyłem, bo mam dla was pewne wieści... I już dowiedziałem się o waszej sprzeczce, myślę, że pan Malfoy chciałby coś panience powiedzieć...
   - Właśnie... Hermiono moja, prze...
   - Dobrze, dobrze panie Malfoy! Zajmiecie się tym po moim wyjściu - przerwał mu rozbawiony dyrektor, lecz w jednej chwili zrzedła mu mina. - Mam dla was nowe wiadomości... Nie ucieszycie się.
   - Słuchamy. - zapewniła gryfonka skupiając swój wzrok na profesorze.
   - Czarny Pan powrócił. Praktycznie panuje nad naszym światem, nawet przedarł się do świata mugoli. Po kolei wybija wszystkich czarodziei mających w sobie choć kroplę mugolskiej krwi. W Hogwarcie nie jest już bezpiecznie. Jest naprawdę wielu rannych, wiele niewinnych ofiar. Dlatego mam nadzieję, że uszanujecie moją decyzję.
   Wstrzymali oddech.
   - Zadecydowałem, że pozostaniecie tu dopóki to wszystko się nie skończy. Tu, gdzie jesteście bezpieczni. Jasne?
   Spojrzeli się na siebie tępo. To wszystko było takie nie wiarygodne, Hogwart przestał być twierdzą bezpieczeństwa, nie do zdobycia... Ich świat oszalał, obrócił się o 180 stopni.
   - Jasne. - odpowiedzieli zgodnie.


---------

I kolejny. Chciałam tylko powiedzieć, że cieszę się, że ktokolwiek to czyta i w ogóle, jaram się :3 ^^
Piszcie!! <3
Pozdroski dla Bakłażanka Madzi :* wow!
No i dobranoc! *.*

Lunatyczka

niedziela, 12 stycznia 2014

Rozdział 8.

   Siedział z listem w dłoni i wciąż nie mogła dowierzać. W Hogwarcie COŚ się działo. A ona była bezsilna. Utknęła tu z tym Ślizgonem i nawet nie miała jak się sprzeciwić. Podjęli decyzję bez niej.
   Wstała łagodnie z kanapy i rzuciła do chłopaka, który zdążył już usiąść na dywanie przy nauce:
   - Idę się przejść...
   - Zwariowałaś?! - poderwał się z podłogi. - Jest późno, nie możesz...
   - Muszę Draco! - zmierzyła go zimnym wzrokiem. - Muszę to wszystko przemyśleć!
   - No to idę z tobą. - podszedł do wieszaka na płaszcze i zaczął się ubierać.
   - To konieczne? - nie wyglądała na usatysfakcjonowaną.
   - Tak. - zakończył dyskusję podając jej kurtkę.
   Ubrali się, pogasili światła i wyszli z mieszkania. Zeszli powoli po schodach i wreszcie poczuli świeże powietrze. Miona rozejrzała się dookoła. Ulice były puste, a mieszkania obok zdawały się być wymarłe. Przed sobą miała jedynie pustą starą ulicę, a nad sobą rozgwieżdżone londyńskie niebo. Draco stanął obok niej i spytał gdzie chce się udać.
   - Do parku... - wyszeptała. - Właśnie tam chcę się znaleźć.
   - Dobrze, prowadź. - westchnął patrząc na nią podejrzliwie.
   Ruszyli środkiem ulicy mijając te wszystkie puste okna. Było chłodno, zimny wiatr sprawiał, że czuła niekomfortowe dreszcze. Szli w milczeniu, nie potrzebowali słów. Oboje dobrze wiedzieli o czym myśli ta druga osoba. O Hogwarcie i o tym jak dobrze było by się tam znowu znaleźć. O tym jak miło byłoby wypić kremowe piwo w Hogsmeade, obejrzeć mecz quidditcha, móc znów być wrogami...
   Po kilku minutowej wędrówce dotarli do wielkiej przestrzeni z drzewami i ławkami.
   - To Regent's Park. - uświadomiła Miona chłopakowi. - Przychodziłam tu czasem z rodzicami. Pamiętam, że było dużo więcej ławek i zawsze wybieraliśmy tą, na którą padało najwięcej promieni słonecznych. Bawiłam się z innymi dzieciakami, a rodzice machali mi, by dać znać, że mnie widzą. Byłam bezpieczna i taka niewinna. Ostatni raz przyszliśmy tu zaraz po obiedzie w dzień, gdy dostałam list z Hogwartu. Wszystko było jak zaplanowane, siedziałam między nimi, nie rozmawialiśmy... Tylko patrzeliśmy w niebo. Wiedziałam, że będę za nimi tęsknić. Ale pierwszy rok minął strasznie szybko. Nawet sobie nie wyobrażasz jak bardzo cię nienawidziłam...
   Spojrzała na niego z poczuciem winy w oczach. Od razu znielubił ten wzrok.
   - Chodź, usiądziemy... - przerwał jej wskazując ławkę. Usiedli na niej i popatrzyli sobie w oczy.
   - Wiesz... - zaczęła spuszczając wzrok z jego pięknych tęczówek. - Ten szlaban chyba naprawdę nas zmienił... Przynajmniej mnie. Sama nie wiem czemu, ale... chyba ci bardziej zaufałam..
   Serce zabiło mu mocniej. Jak ona tak może? Po tym wszystkim co zrobił jej i innym uczniom? Po tym całym bólu? Ona mu ufa.
   - Jesteś inny niż sądziłam... - kontynuowała. - Zawsze zdawało mi się, że jesteś jedną z najokropniejszych postaci w naszej szkole... Po tym, gdy ochroniłeś mnie przed tym kotem już wiedziałam, że jesteś godny zaufania. Zrobiłbyś wszystko żeby mnie uchronić.
   Nie wiedział co odpowiedzieć. Po raz pierwszy w jego życiu zabrakło mu słów. Ta dziewczyna uważała go za osobę, którą wbrew pozorom nie był.
   - Powiedz coś... - poprosiła Gryfonka.
   - Ja... - powiedział cicho. - Dziękuję. Dziękuję, że tak o mnie myślisz. Uważam, że najwyższy czas zakończyć nasze spory, nie sądzisz?
   - Jestem tego samego zdania. - uśmiechnęła się z ulgą. - Przyjaciele?
   - Przyjaciele. - potwierdził.
   - No to chodź kumplu, czas wracać do mieszkania. - wstała.
   Z ulgą wstał z drewnianej ławki i ruszyli z powrotem tą samą uliczką. Ponownie ogarnęła ich cisza. Jednak on czuł spokój. Cieszył się, że Hermiona nie ma już do niego urazy, że mogą swobodnie być przyjaciółmi. A ona? Myślała tylko i wyłącznie o nim. Szedł obok niej, czuła jego obecność. Głęboko w swoim umyśle cieszyła się tą chwilą. Wiedziała, że w Hogwarcie dzieją się niepokojące rzeczy, że nie są do końca bezpieczni, lecz teraz nie obchodziło jej to ani trochę. Spojrzała ukradkiem na niego. Był troszkę od niej wyższy, a jego blond włosy zdawały się falować. Patrzył w niebo, a jego oczy promieniały spokojem i opanowaniem. Nieśmiało i niezdarnie chwyciła go za rękę. Przeszedł go dreszcz. Spojrzał na nią, później na rękę, a następnie ze zdziwieniem na nią. Nic nie powiedziała i tylko uśmiechnęła się promiennie.Odwzajemnił to i uchwycił ją pewniej.
   Nagle Miona ścisnęła swoją dłoń i stanęła jak zastygła patrząc w przestrzeń. Serce zabiło jej mocniej. Nie słyszała masy pytań Malfoya, choć wiedziała, że na pewno zadał ich już z miliard. Zmrużyła oczy i przekręciła głowę.
   - Co tak obserwujesz? - zapytał zaniepokojony Draco wypatrując czegoś.
   - Kot... - szepnęła.
   - Jaki kot?
   - Szedł przed nami prawym chodnikiem... Znikł na chwilę... A później stał tam człowiek... - szeptała, a po jej oczach pociekły łzy.
   - Tam nikogo nie ma Granger... - wyjaśnił Ślizgon upewniając się.
   - Wiem co widziałam! - krzyknęła.
   - Chodź do mieszkania...
   - On. Tam. BYŁ. - zapewniła chłopaka z przerażeniem w oczach.
   - Do cholery, Granger! - zdenerwował się. - Przestań mnie straszyć i chodź!
   Coś było nie tak. Jemu także mignęło coś przed oczami, lecz nie chciał jej jeszcze bardziej zamartwiać. Pociągnął ją mocniej i ustąpiła. Przeszli szybkim marszem drogę do domu. Pokonali schody i z ulgą znaleźli się w mieszkaniu.
   - Chcesz się czegoś napić? - zapytała jakby nigdy nic.
   - O co ci chodzi na brodę Merlina?! - nie wytrzymał.
   - Słucham? - spojrzała na niego nic nie rozumiejąc.
   - Najpierw zatrzymujesz się na środku ulicy, bo zauważyłaś jakiegoś koto-człowieka, za Chiny nie chcesz się ruszyć, a teraz tak po prostu proponujesz mi herbatkę?!
   - O czym ty mówisz? - wyglądała na totalnie zaskoczoną. - Cały czas szłam obok ciebie za rękę... Jaki koto-człowiek?
   - Naprawdę nic nie pamiętasz...?
   Nie musiała dawać odpowiedzi. Sam ją znał. Nie mógł przecież sobie tego wyobrazić! Doskonale pamiętał tą plamkę przerażenia w jej oczach. Była taka prawdziwa, nie było w niej ani odrobiny fałszywości.
   - Przykro mi Draco... - zerknęła na niego z zaniepokojeniem.
   - Wiesz... zapomnij. - odwrócił się na pięcie i zniknął w ich ciemnym pokoju. Nic z tego nie rozumiał.
   Wzruszyła ramionami i zaparzyła dla siebie herbatę. Nie wiedziała co o tym myśleć. Czyżby Draco był obłąkany? Czy to może coś z nią było nie tak...?
   Wypiwszy napój udała się do łazienki by przygotować się do snu. Przechodząc koło pokoju stwierdziła, że Draco już śpi. Umyła się, przebrała i udała się do sypialni. Cichutko wskoczyła do łóżka i usłyszała cichy szept. Nie rozumiała ani słowa, lecz wiedziała skąd pochodzi. Pochyliła głowę ku Draconowi i dotarło do niej każde wymawiane przez niego przez sen słowo.
   - Pamiętasz... kot... Graa..nger.... - pojękiwał.
   Spojrzała na niego z troską i pogłaskała lekko po głowie. Ten tylko uśmiechnął się sennie i przewrócił głowę na drugi bok.
   - Już dobrze, Malfoy.. Jestem tu... - szepnęła cicho i powróciła do śpiącej pozycji. Westchnęła leniwie, uśmiechnęła się i oddała się w objęcia Morfeusza.


----------
No i kolejny ^^ Mam nadzieję, że jest dobry, sama nie wiem... CZYTASZ = KOMENTUJESZ <3
<3
Lunatyczka .